Poznaj Szczecin

  • Warto być i zobaczyć
  • Hotele
  • Restauracje
  • Galerie
  • Kawiarnie
  • Filharmonia
  • Teatry
  • Kluby
  • Kina
  • Hostele
  • Pensjonaty
  • Winnice
  • Pizzerie
  • Atrakcje wodne
  • Inwestycje
  • Lubię Szczecin
  • Parkingi strzeżone
  • Parkingi dla autokarów

Anna Frajlich

"Dwa miasta. Dwa życia"
- Skąd się biorą wiersze?
- Skąd się biorą? (śmiech). Chętnie odpowiedziałabym na to pytanie, ale nie wiem, czy znam odpowiedź. Czy ktokolwiek ją zna. One biorą się z napięcia. Napięcia wewnętrznego i zewnętrznego, z przeżywania i potrzeby wyrażenia tego. Niektórzy wyrażają się za pomocą dźwięków czy obrazów, niektórzy słowami.
Poezja jest efektem zbiegu: potrzeby wyrażenia, możliwości wyrażenia i napięcia. Rilke powiedział, że musi być rana...

- Czy to oznacza, że te najlepsze, najbardziej prawdziwe wiersze rodzą się z cierpienia?

- Z cierpienia, z konfliktu, z chęci rozwiązania pewnych spraw dla siebie. Nie dla innych - dla siebie. Nie siadam rano czy wieczorem i mówię do siebie: "Dzisiaj napiszę wiersz". Piszę wiersze wtedy, kiedy do mnie przychodzą. A skąd przybywają? Nie wiem. I nawet nie zadaję sobie takich pytań. Po prostu dobrze, że przychodzą.

- A czy poetą się jest czy poetą się bywa?

- Bywa się. Bo przecież wiersze przychodzą do człowieka od czasu do czasu. Podobnie jest z esejami i innymi tekstami, nad którymi pracuję. Są momenty, kiedy pojawia się jakieś sformułowanie i trzeba je szybko zapisać, bo wiadomo, że ono drugi raz nie przyjdzie.
Mówienie, że się bywa poetą jest zdecydowanie bardziej precyzyjne niż to, że się nim jest.

- Ale jednocześnie coś w sobie trzeba mieć, jakąś specjalną wrażliwość w patrzeniu na świat...

- Na pewno. Ale przede wszystkim trzeba mieć miłość do słowa, do literatury i wiarę w to, że są one ważne. Podobnie jest z tymi, którzy tworzą muzykę czy malują obrazy - oni także mają tę wiarę, że ktoś zrozumie ich przekaz.

- Czyli pisząc myśli Pani o swoim odbiorcy?

- Są wiersze, które są skierowane do kogoś konkretnego. Bywa, że są dalszym ciągiem rozmowy, sporu albo efektem jakichś uczuć szalonych czy też bólu... Wtedy na pewno ma się w głowie indywidualnego odbiorcę. Są i takie, które wynikają z przemyśleń, jakichś problemów...
Czy tworząc wiersze myślę o odbiorcy? Na pewno wiem, że chciałabym to komuś zakomunikować. Ale pisząc wiersz przede wszystkim myślę o wierszu, dlatego że przychodzi nagle i chcę go jak najlepiej zanotować, jak najlepiej skonstruować. Ale oczywiście tworzę dla ludzi. Kiedy wiersz jest już napisany wiem, do kogo się zwrócić, komu mogę go pokazać. Mam grono stałych czytelników, ale ciągle pojawiają się nowi. Widzę, że coraz więcej ludzi czyta moje wiersze w internecie. Nieustająco przybywa osób, które nadają na tych samych falach co ja...

- Czy pamięta Pani swoją pierwszą w życiu książkę?

- Pamiętam pierwszy wiersz. To był "Powrót Taty", który ojciec recytował mi, kiedy byliśmy na Uralu, w Rosji. Wówczas nie mieliśmy polskich książek. W 1946 roku trafiliśmy do Szczecina. Tu także były kłopoty z ich zdobyciem. Nie pamietam tej pierwszej...
Ale moimi pierwszymi poetami byli Adam Mickieiwcz i Władysław Broniewski.

- W Pani życiu było kilka przełomowych momentów. Ten najważniejszy był konsekwencją Marca 1968 roku. Jak można sobie poradzić z koniecznością zaczynania wszystkiego od nowa?

- (westchnienie) Przede wszystkim trzeba robić to, co jest niezbędne do przeżycia. Gdzieś pracować, gdzieś zamieszkać, zdobywać jedzenie. Z takimi podstawowymi problemami musieli się borykać moi rodzice - najpierw w Rosji, a potem po wojnie w Szczecinie. Dotknęło to również mnie i moją rodzinę po przymusowej emigracji z Polski. Należy więc przede wszystkim robić to, co się musi - by przetrwać. A potem także to, co się chce, bo inaczej człowiek zaczyna być rozgoryczony. A gorycz może zniszczyć człowieka.
Kiedy znalazłam się na emigracji, najpierw skupiałam się na tym, żeby przeżyć. Było mi trudno, bo mieliśmy małe dziecko, a poza tym nie umiałam się odnaleźć w tym zachodnim świecie. Warunki życia w PRL-u były zupełnie inne. Ale w pewnym momencie zaczęłam myśleć też o swoich potrzebach duchowych, intelektualnych. Nie tylko myśleć, ale i działać, by te potrzeby zaspokoić.
Sądzę jednak, że moi rodzice mieli o wiele gorszą sytuację. Nawet po wojnie, kiedy przyjechali do Szczecina. Był on bardzo zniszczony. Poza tym rodzice pochodzili ze Lwowa i bardzo tęsknili do swojego miasta. Mimo to spędzili w Szczecinie bardzo wiele bardzo produktywnych lat. Produktywnych dla siebie, ale i dla Szczecina.
Mój ojciec pracował w zarządzie portu - był technikiem i budował różne urządzenia na nabrzeżach.
Ale - wracając do Pani pytania - zaczynanie życia od początku nie jest łatwe i nikomu tego nie życzę. Choć na szczęście jest w człowieku jakaś siła i kiedy następuje to wyzwanie, chce on na nie odpowiedzieć. I czasem robi się więcej, niż by się zrobiło w warunkach pełnej stabilizacji, której nic nie zakłóca. Nie jestem pewna, czy zrobiłabym doktorat, gdybym została w Polsce; gdyby nie przyszło mi się zmierzyć z tą trudną sytuacją. Nie wiem, czy wydałabym tyle książek...

- A jak wspomina Pani Szczecin sprzed 1969 roku?

- Opuściłam Szczecin już w 1960 roku. Wybrałam się na studia, do Warszawy. Moi rodzice przenieśli się do stolicy trzy lata później. Mówię o tym dlatego, że nie wyjechałam na emigrację bezpośrednio ze Szczecina. Ma to swoją wymowę. Dla mnie Szczecin pozostał niewinny...
A wspomnienia? Są bardzo dobre. Przede wszystkim dlatego, że jak się jest dzieckiem, ma się kochających rodziców, to choćby nie wiem jak ciężka była sytuacja, jest się szczęśliwym. Mieszkaliśmy na Pogodnie, na Mickiewicza, mieliśmy ogród. Były lata, kiedy całą zimę jedliśmy marmoladę ze śliwek zebranych na działce, ale niespecjalnie się tym przejmowaliśmy. Tym bardziej, że w tamtych czasach wszyscy byliśmy mniej więcej w takiej samej sytuacji, "na tej samej łodzi"...
Bardzo dobrze wspominam też szkoły. W Szczecinie były znakomite szkoły, bardzo dobrze wykształceni nauczyciele. Pamiętam lekcje języka polskiego, nasze zmagania z ortografią. Myślę, że otrzymałam tu bardzo solidne podstawy. Nawet teraz, kiedy wykładam - uczę studentów języka czy literatury - przypominam sobie wiadomości, które wpojono mi w szkołach w Szczecinie.
Co jeszcze? Życie artystyczne miasta. Było ono bardzo żywe. Można było pójść do kina, do teatru. Ponieważ rodzice uwielbiali teatr, od dziecka chodziłam na przedstawienia, np.do Teatru Polskiego. Był stamtąd piękny widok na Odrę. Czy ten teatr istnieje?

- Tak. W tym samym miejscu.

- To dobrze. W czasie przerw spacerowałyśmy z mamą po foyer. Wyjaśniała mi to, co się działo na scenie... Poza tym jako dziecko grałam trochę w radiowym teatrze... Stosunkowo wcześnie debiutowałam. Co prawda mój pierwszy wiersz wydrukowany był najpierw w Warszawie w polskim dodatku do żydowskiego pisma "Fołks Sztyme", ale zaraz potem w Szczecinie. To było w czasach licealnych. Wówczas także otrzymałam pierwszą nagrodę literacką. Jeszcze jako uczennica byłam członkiem grupy poetyckiej Rak. Śmieszne było to, że - jako uczennica X czy XI klasy - nie mogłam wieczorem chodzić po ulicy, więc moi starsi koledzy odprowadzali mnie do domu dbając, żebym tam trafiła jeszcze przed 22. Poznałam wielu pisarzy: Józefa Bursewicza, pana Gwidona Kamińskiego, Ryszarda Liskowackiego. I miałam świetnych przyjaciół. Nie"miałam" - mam! Do dziś - kiedy przyjeżdżam - spotykamy się. Mam więc jak najlepsze wspomnienia ze Szczecina.

- Jednym z Ambasadorów Szczecina jest pan Angello Rella, Włoch od wielu lat mieszkający w naszym mieście. Porównał on Szczecin do Nowego Jorku. W obu tych miastach wszyscy jesteśmy tutejsi, a jednoczesnie wszyscy jesteśmy nietutejsi...

- To jest bardzo dobre porównanie. Napisałam wiersz, w którym zestawiam Nowy Jork i Szczecin. Głównie ze względu na rzeki. Mieszkamy z mężem bardzo blisko jednej z rzek, które oplatają Nowy Jork. Spacerujemy tam niemal codziennie wieczorem i zawsze wtedy myślę o Wałach Chrobrego. Oba miasta są portami. Ja też widzę podobieństwa między nimi. Widzę też różnice.

- Bo to są dla Pani nie tylko dwa miasta, ale również dwa życia... 

- Tak. Dwa miasta i dwa życia. Szczecin jest miastem mojego dzieciństwa i wczesnej młodości. Szczecin mnie ukształtował. To są bardzo silne więzi. A Nowy Jork jest dla mnie miastem, w którym znalazłam ponowne schronienie, dom. Podobnie jak w Szczecinie ten dom znaleźli moi rodzice. Ten Pan ma rację - i w Nowym Jorku i Szczecinie wszyscy jesteśmy tutejsi i nietutejsi.

- Ostatnio odwiedzała Pani Szczecin. Jak teraz patrzy Pani na to miasto?

- Pierwszy raz po tej dużej przerwie spowodowanej emigracją byłam w Szczecinie w 1993 roku. To było ogromne przeżycie. Chociaż trochę się zmienił, czułam, że mam jakąś wewnętrzną wiedzę, znajomość tego miasta. Mój ostatni wydany w Polsce zbiorek "Znów szuka mnie wiatr" w trzech czwartych opowiada o Szczecinie, o powrocie do miasta, do przyjaciół. Emocje, które towarzyszyły tym moim powrotom, są bardzo trudne do zdefiniowania, do racjonalnego opisania. Może dlatego właśnie piszę wiersze...(śmiech).

- Niektórym powroty kojarzą się z cofaniem, ze spoglądaniem wstecz. Na ogół ludzie chcą żyć myśląc o przyszłości, a nie o przeszłości. Czym dla Pani są powroty?

- Józef Wittlin napisał w swoim eseju "Blaski i nędze wygnania", że można wrócić do miejsca, ale nie można wrócić do czasu.

Warto o tym pamiętać, ale mimo to powroty są ważne. Bo trzeba wiedzieć, skąd się jest. Naturalnie należy iść do przodu, patrzeć w przyszłość. Tak się złożyło, że dziś rano czytałam o żonie Lota, która za to, że spojrzała wstecz, została zamieniona w słup soli... Ale przecież to przeszłość nas ukształtowała. Więc jakiś kontakt z nią jest bardzo ważny.

- Dziękuję za rozmowę i ciepło pozdrawiam z deszczowego dziś Szczecina.

- Ale deszcz też jest potrzebny. Oczyszcza. I ja dziękuję.

Szczecin/Nowy Jork, 16 lipca 2008

Copyright 2017 Miasto Szczecin
Kontakt