Poznaj Szczecin

  • Warto być i zobaczyć
  • Hotele
  • Restauracje
  • Galerie
  • Kawiarnie
  • Filharmonia
  • Teatry
  • Kluby
  • Kina
  • Hostele
  • Pensjonaty
  • Winnice
  • Pizzerie
  • Atrakcje wodne
  • Inwestycje
  • Lubię Szczecin
  • Parkingi strzeżone
  • Parkingi dla autokarów

Mój Szczecin

Mój Szczecin

Był wczesny, czerwcowy poranek. Zaczynały się wakacje. Czerwony tramwaj typu N jechał z hukiem przez miasto. Budził okolicznych mieszkańców. W końcu wjechał pod kamienny wiadukt i gwałtownie skręcił w stronę dworca Łódź- Kaliska.
Rodzice pomogli mi wysiąść. Szybko zbliżyliśmy się do budynku dworca. Wchodziłem ostrożnie po drewnianych schodach. Zadarłem do góry głowę, aby zobaczyć frontowy budynek zwieńczony niby wieżą z globusem. Obdrapany tynk wyraźnie odpadał w wielu miejscach. Drewniane kasy w połowie schodów sprawiały wrażenie prowizorki. Wspinając się patrzyłem pod nogi, aby prawidłowo postawić stopę na stopniu. Byłem mały, a schody wysokie. Być może były kiedyś lakierowane, ale patrząc na szary kolor kruszącego się drewna trudno było dociec. Stopnie były wyoblone, najprawdopodobniej butami pasażerów. Łatwo mi się na nie wspinało. Zakupiliśmy bilet i w końcu wdrapaliśmy się na peron.
Stał tam pośpieszny do Szczecina. Zielona lokomotywa elektryczna EU07 wyglądała bardzo nowocześnie. Szedłem wzdłuż niej i podziwiałem czerwony pantograf. Zaczepiłem o wystającą płytę chodnikową. Trochę poleciałem do przodu, ale Mama mocniej ścisnęła moją rękę i obyło się bez upadku.
Minęliśmy lokomotywę, obejrzałem się jeszcze, aby spojrzeć na dzielnego maszynistę, który dowiezie mnie do Szczecina. Wspinał się na wysoką drabinkę niczym bohater. Dla mnie nim był. Wsiedliśmy do wagonu. Tata położył walizkę na półce.
- Tu masz jedzenie i picie - powiedziała Mama wskazując na torbę.
Pożegnaliśmy się, Rodzice wysiedli i stanęli na peronie. Zdjąłem sandałki, wszedłem na siedzisko i otworzyłem okno uwieszając się na klamce. Rodzice patrzyli na mnie uśmiechając się. Obietnica wspaniałej, dalekiej podróży gasiła smutek rozstania.
- Pociąg pośpieszny „Włókniarz” stoi gotowy do odjazdu przy peronie trzecim. Planowy odjazd pociągu godzina 6.45 - doleciało z megafonu.
Skrzywiłem się trochę, a Mama myślała, że będę płakał. Nie spodobała mi się nazwa pociągu, dlatego się skrzywiłem. Może wszystko przez te deski i drewniane kasy. Spojrzałem na zdobione filary na peronie przy budynku dworca. Nawet stąd było widać odpadającą czarną farbę. Odwróciłem głowę w kierunku lokomotywy. Świeciło się zielone światło.
- Odjazd! - krzyknął jakiś pan w granatowym mundurze z opaską na rękawie.
Wsiadł do wagonu i jeszcze przez chwilę stał w otwartych drzwiach patrząc na peron. Pociąg zadziwiająco wolno ruszył. Uśmiechnięci Rodzice ruszyli wzdłuż peronu i machali na pożegnanie. Pociąg przyśpieszał. Rodzice dalej machali na pożegnanie, więc trzymałem podniesioną rękę za oknem. W końcu wagon, którym jechałem zaczął skręcać i Rodzice zniknęli. Odwróciłem głowę w stronę lokomotywy i z radością czułem jak wiatr uderza w moją twarz. Po chwili sympatyczny pan w białej koszuli zamknął okno i uśmiechnął się do mnie.
- Przed nami daleka droga, zanosi się na upał - powiedział.
Zauważyłem, że miał ogromny brzuch, który przed pęknięciem chroniły szelki. Zajrzałem do torby z jedzeniem i znalazłem kanapki zawinięte w papier.
Wziąłem do ręki oranżadę, ale zrezygnowałem z jej otwarcia. Herbata w bidonie była jeszcze ciepła. Zdjąłem nakrętkę i pociągnąłem łyk patrząc przez okno. Herbata miała posmak plastiku, ale za to była słodka i jeszcze ciepła.
W sumie nic takiego po drodze mnie nie zainteresowało. Dopiero za Kaliszem pojawiła się za oknem długaśna stacja Skalmierzyce. Swoim wyglądem przypominała trochę zamek w Malborku. Zaraz za stacją stał dziwny wysoki dom z jeszcze dziwniejszym dachem pokrytym czerwoną dachówką.
Zrobiło mi się weselej na duszy, bo ta dachówka zawsze kojarzyła mi się ze Szczecinem. Dojechaliśmy do Ostrowa, gdzie ku mojemu zaskoczeniu odczepiono lokomotywę i pociąg zaczął wracać do Łodzi. Spojrzałem przerażony na grubego pana, ale jak się okazało wszystko było w jak najlepszym porządku. Od Poznania wszystko się zmieniło. Pociąg wyraźnie przyśpieszył, a może tak mi się tylko zdawało, bo byłem bliżej Szczecina?
Gnaliśmy przez lasy, mijaliśmy łąki pełne bocianów. Nawet stacje były ładniejsze, z wiśniowej cegły, z czerwonymi dachówkami.
Czasem mijaliśmy dymiące parowozy. Wyobrażałem sobie wtedy, że nasza lokomotywa z gracją przejeżdża obok nich spoglądając na nie z pogardą. Pędziła jak oszalała, co jakiś czas trąbiąc, jakby chciała powiedzieć nie dogonicie mnie.
Zielone firanki z napisem PKP łopotały za otwartym oknem. Spojrzałem na zdjęcie jakiegoś budynku za szkłem. Było przykręcone do ściany srebrnymi śrubami. Pod zdjęciem widniał napis „Ratusz we Wrocławiu”. Zastanawiałem się co on tu robi, ale nie umiałem sobie odpowiedzieć na to pytanie. Patrzyłem też na srebrną klamkę z napisem P.K.P. Misiowatemu Panu co jakiś czas odpinały się szelki, a ja się śmiałem. On też się śmiał.
W końcu Stargard Szczeciński. Sama nazwa stacji powodowała przyśpieszone bicie serca. Skoro Szczeciński to musi być już bardzo blisko. Za oknem ciągle las.
- Szczecin Dąbie. Teraz zaczyna się niewiadoma, czy pojedziemy przez Szczecin Port, czy przez Pomorzany - powiedział pan.
Dokąd zaprowadzą tory? Od tej pory wiszę za oknem. Jedziemy wysokim nasypem wzdłuż drogi zbudowanej z szarej kostki. Nie wiem, dlaczego nazwano ją autostradą Poznańską, skoro miała jeden pas. Patrzę na plażę w Dziewokliczu, gdzie kąpałem się wiele razy. Wjeżdżamy z hukiem na most, lokomotywa trąbi chcąc sobie dodać animuszu, a może cieszy się, że jedzie tak piękną trasą…
Zwalniamy, telepiemy się, zaraz będzie Szczecin Główny. Wyglądam przez okno. Ciocia z Wujkiem stoją na peronie i uśmiechają się do mnie. Podskakuję z radości. Już nie muszę się martwić, że im coś wypadło i nikt po mnie nie przyszedł. Pan zdejmuje mi walizkę, zabieram torbę, wysiadam z wagonu. Po radosnych uściskach szukam wzrokiem Miśka.
- Jest w samochodzie - wyprzedziła moje pytanie Ciocia.
Idziemy do przejścia podziemnego, jeszcze omiatam wzrokiem lokomotywę, która tak dzielnie spisywała się na trasie. Przyśpieszam kroku, chcę jak najszybciej zobaczyć Miśka.
Wyjechałem ze Szczecina parę lat temu, a jednak Misiek ciągle mnie pamięta. Wujek otwiera swojego cytrynowego volkswagena garbusa. Miśkowi zaraz się urwie ogon. Poznał mnie i tym razem. Misiek jest mądry, puchaty, piękny. Cały biały i ma tylko cztery, czarne łaty. Dwie na oczach i dwie na uszach. Do tego czarny nos. Wygląda jakby nosił okulary. Wiem, ze będzie przy mnie spał, wszędzie za mną łaził. Podobno jak jeszcze nie chodziłem Misiek turlał mnie nosem po podłodze. Wujek z Ciocią mieszkali wtedy w przepięknym domku na Wojska Polskiego. Od Placu Lenina dwa kroki. Moje przedszkole było po drugiej stronie ulicy.

Tak, urodziłem się w Szczecinie. Mój Tata był lekarzem i mógł mnie odwiedzić tuż po porodzie. Jakież było jego zdziwienie, kiedy nie odnalazł mnie na żadnym z łóżek. Pielęgniarka się zaczerwieniła, okazało się, że zabrakło dla mnie miejsca i leżałem na podłodze, w koszu na bieliznę. Czy miało to wpływ na moje życie? Raczej nie, było mi koszu całkiem przyjemnie, był wiklinowy, a łóżka metalowe, pewnie obdrapane.
Tata ucieszył się bardzo z syna. Na dodatek jego koledze urodziła się tego samego dnia córka Ewa, więc się razem cieszyli, tak podwójnie. Ta radość miała też inny wymiar, tak zwane pępkowe.

Przedszkole znajdowało się w pięknym pałacu na ulicy Wojska Polskiego, drugi dom licząc od Placu Lenina. Przed ogrodzeniem stała czerwona skrzynka pocztowa.
Rzeźbione poręcze przy schodach, listwy ozdobne na sufitach. Architektonicznie nie było się do czego przyczepić, ale nie lubiłem tego budynku, bo trudno było z niego uciec.
Mama musiała iść do pracy, więc mnie tam pozostawiała na pastwę wychowawczyń. Rzeźbione drzwi z pięknymi klamkami były wysokie i ciężkie do sforsowania.
Pierwszy dzień był najgorszy. Ze zdziwieniem dowiedziałem się, że wszyscy mają iść spać. Środek dnia, a tu spać… Uznałem to za rzecz dziwną i marnowanie życia. Walczyłem z tym w ten sposób, że starałem się nie zasnąć. Rozmyślałem, dłubałem w nosie. Panie uciszały mnie. Co jakiś czas patrzyłem ze zdziwieniem na swoich śpiących kolegów i koleżanki. Pamiętam, niektórzy mieli smoczki.
Najgorszy był smród tranu. Stawiali nas w kolejce i każdy musiał wypić łyżkę tranu i zagryźć chlebem. Szliśmy potem po naszego pokoju zabaw, ale smród pozostawał.
Czasem wypuszczali nas na plac zabaw, gdzie były dziwne samochody z metalowych prętów. Przy każdym siedzeniu była kierownica, abyśmy się nie sprzeczali, kto ma prowadzić. Siedząc za kółkiem z przodu spojrzałem na tylne siedzenia. Ze zdziwieniem ujrzałem tam dwie kierownice. Podobnie było nawet w przypadku autobusu.
Siedziałem za kółkiem i patrzyłem na ulicę czy już nie nadchodzi Mama.

Pokój znajdował się na pierwszym piętrze. Kiedyś na wprost naszego przedszkola zderzyły się czołowo dwie Warszawy (nie chodzi o miasta). Wypadek początkowo stanowił nie lada atrakcję, również dla wychowawczyń, potem jednak znudziło się nam gapienie. Na schodach mijaliśmy się z innymi grupami. Starszaki nie lubili nas i coś tam zawsze krzyczeli na nas chórem. Pamiętam, że z naszej strony zapadła cisza, myśleliśmy jak ich obrazić. W końcu znaleźliśmy jak nam się wydawało brzydkie słowo. Wytknęliśmy ich palcami i chórem wykrzyczeliśmy starszaaaki- kieeeliszki.

Pewnego dnia zabrali nas na wycieczkę. Podjechaliśmy tramwajem na Wały Chrobrego. Biały statek stał przy nabrzeżu. Charakterystyczny spichlerz rzucał się w oczy. Patrzyłem na Odrę z przerażeniem, bałem się ciemnej wody. Na statku było jeszcze gorzej, posadzili nas na dolnym pokładzie. Zastanawiałem się, czy woda się nie przeleje przez odsuwane drzwi, albo przez okno. Zwiedzaliśmy port. Za oknem przesuwały się ogromne statki. Bałem się charakterystycznego budynku spichlerza. Może podświadomie wyczuwałem, ze kiedyś „urzędowali” tam nurkowie z Werwolfu? W końcu wycieczka dobiegła końca, a ja odetchnąłem z ulgą, że stateczek nie zatonął.

Mama codziennie odbierała mnie z przedszkola i szliśmy do naszego domu na Mickiewicza. Był to dla mnie spory kawałek drogi. Czasem trafiała się niespodzianka. Kiedyś Mama przyniosła armatę z czasów Napoleona. Szliśmy, a ja co jakiś czas stawiałem ją na kamiennych murkach i podziwiałem. W końcu dotarliśmy do domu i mogłem ją ustawić wśród swoich klocków. Nie miałem ani jednego żołnierza, więc zrobiłem ich sobie z łusek. Oklejone plasteliną, łaciate udawały Niemców.
Niedaleko mojego bloku z czerwoną dachówką był Park. Bawiłem się w nim. Moim ulubionym miejscem była górka. Stamtąd było bezpiecznie gapić się na przejeżdżające niedaleko parowozy. Czarne potwory z przekrwionymi oczami niczym smoki grasowały za ogrodzeniem. Często uwieszałem się na betonowym płotku i czekałem na pociąg. Zawsze uciekałem na górkę, gdy się zbliżały. Kiedyś zaklinowała się stopa. Walczyłem nerwowo, aby ją wyrwać. Nadjeżdżał pociąg. Nie udało mi się wyrwać z sideł. Parowóz przeraźliwie zagwizdał i wkrótce przejechał mi przed nosem. Wystraszyłem się. Śniło mi się potem, że stałem na torach i nadjeżdżał pociąg, a ja nie mogłem zejść z torów.

Wracając do domu często przynosiłem kota, który akurat mi się nawinął na podwórku. Koty generalnie nie protestowały licząc na zakąskę. Rodzice zawsze stawali na wysokości zadania. Pozwalali, abym się z nim pobawił trochę, a i na drzemkę starczyło zawsze czasu. Kot zawsze dawał sygnał kiedy chciał iść. Podchodził do drzwi i miauczał. Przynosiłem różne, bure, czarne, łaciate. Wszystkie lubiłem za ich spojrzenie i chęć zabawy. Tata też czasem przynosił kota, wiedział, że wszystkim domownikom sprawi tym przyjemność. Koty z obsługi też były zadowolone, pojadły, ogrzały się, sprawdziły miękkość kanap, pobawiły się i pospały.

W drodze z parku do domu często zatrzymywałem się z kolegami przy pompie. Stała na chodniku, była zielona niczym smok i miała na sobie herb Szczecina. Chłodziliśmy się wodą. Największą frajdą było pompowanie. Łapało się za wajchę na końcu zakręconą niczym ogon kameleona.

Któregoś dnia mój kolega pochwalił się znaczkiem Lenina przytwierdzonym do kieszeni. Powiedział mi, że dostał go od rosyjskich żołnierzy. Zdziwiło mnie to bardzo. Poszedłem więc na drugą stronę ulicy Mickiewicza, aby zobaczyć czy są tam Rosjanie. Wszedłem do portierni. Patrzył na mnie żołnierz ze skośnymi oczami. Trochę się bałem, ale przyjrzałem się jego furażerce i odnalazłem na niej czerwoną gwiazdę. Żołnierz coś do mnie powiedział, ale nic nie zrozumiałem i uciekłem stamtąd. Poszedłem tam jeszcze raz z kolegami zobaczyć, czy mają karabiny, ale nas przepędzili i już więcej tam nie łaziliśmy.
Mieszkaliśmy na pierwszym piętrze. Bardzo lubiłem swój blok z czerwoną dachówką i pobliski park, w którym często się bawiłem. Nadszedł jednak moment, w którym zacząłem się bać mojego ulubionego miejsca zabaw.
Odezwały się demony przeszłości. Pamiętam, było ciepło. Jak zawsze wspiąłem się na betonowy płot. Rozejrzałem się, czy aby nie zbliża się jakiś pociąg. Po drugiej stronie torów, idących w tym miejscu w wykopie, dostrzegłem sporo świeżego piachu. Z czasem piachu przybywało, być może koparka robiła miejsce pod następny tor. Pobiegliśmy na wiadukt i zatrzymaliśmy się. Ogromna piaskownica musiała poczekać. Robotnicy na pewno nas nie wpuszczą. Poczekamy jak sobie pójdą. Wróciliśmy do parku. Po jakimś czasie wdrapałem się na płot i popatrzyłem w stronę piachu. Robotników już nie było, jednak zobaczyłem coś dziwnego. Spod piachu wystawały żółtobrązowe szkielety. Wystraszyłem się i popędziłem do domu. Okazało się, że starsi od nas spenetrowali niedoszłą piaskownicę. Po otwarciu drzwi na klatkę schodową ujrzałem leżącą czaszkę i piszczele. Przez moment się zawahałem. Przeskoczyłem nad pierwszą czaszką, potem nad kośćmi. Minąłem drugą czaszkę znajdującą się na półpiętrze i nacisnąłem dzwonek. Otworzyły się drzwi. Wpadłem do środka i szybko je za sobą zatrzasnąłem. Nie wychodziłem z domu. Następnego dnia bałem się wejść na klatkę. Czaszek i kości nie było, ale w głowie pojawiło się pytanie. Skąd się wzięły tamte szkielety po drugiej stronie torów, a było ich sporo. Zacząłem się zastanawiać, czy tam, w tej ziemi to naprawdę byli kiedyś ludzie.
Czy ja też stanę się takim szkieletem?

O bombardowaniu Szczecina wtedy nie słyszałem. Może to jeden z tych 339 angielskich samolotów z pierwszego większego nalotu mógł zabić tych ludzi. A może to było wtedy, kiedy fala Lancasterów zmiotła z powierzchni Ziemi starówkę? Niemcy swoich chyba by tak przy nasypie nie pochowali…

Mama kupiła mi paru żołnierzy, ale wszyscy mieli sporą wadę - stali na baczność. Aż w końcu nadszedł ten dzień. Mama przyszła po mnie do przedszkola i wręczyła mi „idącego” żołnierza. Nie dość, że był w pozycji marszowej, to na dodatek miał wyciągnięty do przodu karabin. Był to najbardziej bojowy żołnierz ze wszystkich jakie posiadałem. Mógł nie tylko bronić Polski, ale i atakować Niemców. Chodził więc po lesie zbudowanym z klocków i poszukiwał wroga.

Uwielbiałem jeździć garbusem Wujka. Pamiętam to jak przez mgłę. Nie miałem pojęcia, ze ten samochód był budowany na potrzeby wojskowe. Moich podejrzeń nie wzbudzał nawet schowek znajdujący się za tylną kanapą. Rodzice kładli mnie do tej wnęki pod tylnym okienkiem. Pierwotnie była ona przeznaczona do przewożenia broni. Dla mnie schowek był atrakcyjnym miejscem. Świat wyglądał stamtąd inaczej. Silnik chłodzony powietrzem charakterystycznie świszczał, a za oknem przesuwały się korony drzew. Garbusek w środku pachniał. Leżałem więc i patrzyłem w okno. Czasem było widać dachy domów, pojawiały się piękne wieżyczki, ale najczęstszym widokiem były korony drzew, których w Szczecinie było wiele. Podczas wieczorowych podróży podziwiałem lampy wiszące nad środkiem ulicy. Korony drzew wydawały się w świetle jeszcze gęstsze niż w rzeczywistości. Tak, te lampyw dzielnicy Pogodno dodawały wieczorowi uroku. Czułem się dobrze wśród nich i błogo zasypiałem.
Tata miał Moskwicza. Z racji tego, że samochód był wyprodukowany w kraju szerzącym pokój na świecie na próżno było szukać w nim schowku na broń. Wtedy nawet mi przez myśl nie przeszło, że w Szczecinie przed wojną była fabryka samochodów osobowych.
Pewnego dnia bawiłem się na górce i zobaczyłem mojego Tatę. Szedł alejką i uśmiechał się szeroko z daleka. Niósł ogromną, drewnianą ciężarówkę. Ładowałem piach i woziłem, potem usiadłem na niej, a Tata mnie ciągnął.
Kolejny samochód, jaki utkwił mi w pamięci zobaczyłem w komisie. Były tam egzotyczne towary przywożone przez marynarzy. Wlepiłem wzrok w wiszący pod sufitem ogromny samochód na pedały. Kolor był do bani, taki sprany, niebieski, ale i tak zapragnąłem go mieć. Poprosiłem Tatę, aby go kupił. Dowiedziałem się, że kosztował dwie pensje Taty. Zrozumiałem, że ten radziecki samochód jest luksusem. Najprawdopodobniej miał pod maską najnowocześniejsze radzieckie technologie. Być może nawet paliły mu się światła, wyglądały jak prawdziwe. Ten Moskwicz stał się moim niespełnionym marzeniem.

Bardzo lubiłem swój blok z czerwoną dachówką, pobliski Park, w którym często się bawiłem i tą rzeźbioną, metalową pompę - smoka na chodniku.
Z czasem zacząłem pyskować. Zbliżał się Mikołaj, więc oświadczyłem, że chciałbym aby przyniósł mi szablę.
- Mikołaj ci nie przyniesie szabli bo sobie wykłujesz oczy- powiedział Tata.
W końcu nadszedł ten dzień. Za oknem jeszcze szarówka.
- Jaki ładny pingwin! - krzyknęła siostra.
Podniosłem się na łóżku. Rzeczywiście, pingwin był naprawdę ładny. Z niepokojem podniosłem swoją poduszkę i ujrzałem prezent.
- Hurra!
Natychmiast wyskoczyłem z łóżka, wyciągnąłem blaszaną szablę i pobiegłem do kuchni, gdzie przy stole siedzieli Rodzice.
- A widzisz, mówiłeś, że Mikołaj mi nie przyniesie szabli i popatrz, co dostałem! - wykrzyknąłem prezentując szablę.

Latem poszliśmy z Tatą na spacer. Mama ubrała mnie w dziwne ubranie zapinane na guziki z tyłu i została w domu, aby ugotować obiad. Ubrudziłem się lodami dosyć szybko. Więc musiałem to ubranie zdjąć. Tata wypłukał plamę w wodzie z pompy i ubrał mnie. Zapiął guziki z przodu, co mnie ucieszyło. Też uważałem, że guziki zawsze powinny być od frontu. Wróciliśmy do domu. Mama otworzyła drzwi i spojrzała na mnie.
- Jak ty jesteś ubrany? – powiedziała śmiejąc się.

Moim ulubionym strojem był marynarski. Nosiłem na ramionach granatowy kołnierz z białymi paskami i byłem z niego dumny. Nie było nigdy z nim problemu, gdzie przód a gdzie tył.

Dzisiaj jedziemy odebrać Ciocię z pracy. Misiek oczywiście jedzie z nami. Jak zawsze czeka przy samochodzie. Uwielbiał jeździć. Wystawiał za okno swojego czarnego klupola i patrzył na Szczecin.
Ciocia pracowała w szpitalu kolejowym. Wsiadła do samochodu i zaraz zaczęła wspominać 1970 rok. Do szpitala przynieśli rannego chłopaka. Chcieli go uratować, ale zmarł na stole operacyjnym. Był bardzo młody. Nie rozumiałem, dlaczego ktoś strzelał do młodego chłopaka na ulicy. Na dodatek nie byli to Niemcy. Coś tu było nie tak. Nie zapamiętałem jego nazwiska, nie wiem nawet czy Ciocia wiedziała jak się nazywał. Zapanowała cisza. Zauważyłem, że Ciocia miała w oczach łzy. Wujek też zamilkł.
Wujek i Ciocia, to wcale nie była nasza rodzina, tylko znajomi rodziców. Znajomi… nie, w Szczecinie rodzice mieli przyjaciół, takich najprawdziwszych, jak piszą w bajkach. To było jasne jak Słońce, dlatego mówiłem na nich Ciocia i Wujek. A ten kolega Taty z pracy, Krukowski, to wcale nie był kolega, to był Taty przyjaciel. Jak oni lubili moją Mamę, Tatę, Siostrę i mnie. Wszyscy byli nam bardzo bliscy. Cieszyli się życiem, mieli wielkie serca, dawali nam cząstkę siebie, coś nam przekazywali. Przy nich czuliśmy się ważni, potrzebni, mający coś ważnego do zrobienia w życiu. Tata i Mama byli od nich podobni z tą swoją otwartością, może dlatego było nam wszystkim ze sobą tak dobrze. Często jeździliśmy na wspólne wycieczki. A było, gdzie jeździć, wszędzie lasy, jeziora w samym mieście. Czasem odwiedzaliśmy niedalekie Międzyzdroje. Była to bajkowa nadmorska miejscowość, w której stały domy z wieżyczkami. Dziś jeszcze pamiętam zapach zieleni porastającej wydmy.

Wszystko się ucięło kiedy miałem 6 lat. Siedziałem na kuchennym parapecie i patrzyłem na podwórko. Pod blok wolno podjeżdżała zielona ciężarówka Star.
Wyglądała dziwacznie. Na zderzaku miała rząd prostopadłych prętów, a za kabiną długaśną, zieloną plandekę. Ona przyjechała po nas.
Dlaczego się pojawiła? Tata nie mógł zrobić specjalizacji lekarskiej z „niewiadomych” przyczyn. Napisał więc podanie o zwolnienie z wojska. Poskutkowało na tyle, że dostał przeniesienie do innego miasta i możliwość zrobienia specjalizacji. Skorzysta z tego, aż nadto. Po latach dostanie tytuł profesora.
W kuchni stały spakowane kartony. Poszedłem obejrzeć ciężarówkę. Pod plandekę wędrowały nasze meble, kartony, walizki. Moi żołnierze też się ładowali. Za kabiną powieszono zieloną damkę mojej siostry. Siedzące na murku koty obserwowały to wszystko z zainteresowaniem. Może uświadamiały sobie, że kończy im się wikt i opierunek na pierwszym piętrze? Pożegnałem się z kolegami, potem głaskałem podwórkowe koty. Mama wołała mnie z kabiny, abym już wsiadał. Tata wsadził mnie do Stara. Zamknął odwrotnie otwierające się drzwi i pomachał na pożegnanie. W kabinie panował specyficzny zapach pojazdu wojskowego. Kierowca zaczął kręcić ogromną kierownicą i wolniutko ruszył. Metr po metrze oddalaliśmy się od naszego bloku z czerwoną dachówką. Koledzy jeszcze jakiś czas biegli wzdłuż samochodu i machali. Za moimi plecami zostawał park, z którym się nawet nie pożegnałem. Pojechałem z Mamą w świat. 550 kilometrów to było naprawdę wiele, więc telepaliśmy się cały dzień. Podczas postojów w lesie oglądałem z zaciekawieniem nasz pojazd. W końcu dojechaliśmy do Łodzi. Rodzice zajęli się przeprowadzką do nowego bloku. A ja przez dwa tygodnie miałem mieszkać u prawdziwej Cioci i Wujka. Nadaremnie wypatrywałem drzew, zieleni, w której tonął Szczecin. Zamiast tego wszędzie były obdrapane kamienice. Dziwiłem się, że w ciągu dnia trzeba zapalać światło. Wszystkie okna wychodziły na tak zwaną studnię, czyli podwórko otoczone ze wszystkich stron kamienicami. Na podwórku nie rosła nawet trawa. Kota można było czasem zobaczyć, ale niestety wszystkie były dzikie. Zwiesiłem głowę i zacząłem tęsknić za Szczecinem. Zauważyłem, że domy nie miały wysokich dachów z czerwonej dachówki, tylko były kryte czarną papą. Wszystko było szare i czarne. Wyruszyłem z nadzieją na znalezienie parku. Szedłem ulicą Obrońców Stalingradu i zrozumiałem skąd ta nazwa. Było tu jak w Stalingradzie, szare domy, kocie łby i ani jednego drzewka. Nie traciłem nadziei, szukałem szerokich arterii obsadzonych pięknymi drzewami, placów, rzeźbionych schodów. Znalazłem tylko jeden plac w okolicy - Wolności. Dominował tu beton z domieszką asfaltu. Wracałem zrezygnowany do domu Cioci i Wujka i zacząłem im współczuć, że mieszkają jak to wówczas nazwałem w zabytkowym budownictwie.
W końcu przeprowadziłem się do nowego mieszkania na Teofilowie. W niedzielę chodziliśmy z Tatą na spacery. Ciągle miałem nadzieję na znalezienie parku, ale zamiast drzew znajdowaliśmy magazyny fabryczne.
Potem przeprowadzka do betonowej pustyni na Zarzew. Był tam nawet Park. Trochę dziwny, bo drzewka miały metr wysokości.
Im byłem starszy tym więcej łaziłem po Łodzi podświadomie szukając namiastki Szczecina. Nie znajdowałem jej, nawet podczas rowerowych eskapad za miasto. Nigdzie nie było jezior, rzek i takich lasów. Tęskniłem też za morzem, więc niecierpliwie czekałem na nadejście wakacji. Szkoła mieściła się w kanciastym pudle, które z powodzeniem można było nazwać budą.
Ciocia z Wujkiem przyjechali do nas ze Szczecina jedyny raz. Na moją pierwszą komunię. Przywieźli wykąpanego, puszystego Miśka. Było sporo gości, którzy przywieźli sporo prezentów. Przyjechała też Ciocia Wisia. Zaglądała mi w oczy, uśmiechała się. Nie rozumiałem dlaczego wszyscy dają mi tyle pieniędzy. Cieszyłem się z rozmów przy stole. Rodzice byli szczęśliwi. Znów wszystko było jak dawniej w Szczecinie. Nadszedł kolejny dzień. Wyprosiłem Rodziców, aby pozwolili mi nie iść do szkoły. Przez cały dzień biegałem z Miśkiem, cieszyłem się towarzystwem gości. Wiedziałem jednak, że wszystko jest inaczej. Zastanawiałem się nawet, czy Misiek to rozumie, że Łódź nas rozdzieliła. Umówiliśmy się, że będę będę przyjeżdżał na wakacje do Szczecina.

Za dwa tygodnie Misiek będzie mnie odprowadzał na dworzec. Teraz leży przy moim łóżku i mnie pilnuje. Boli mnie głowa, a on wie, że coś mi dolega i nikogo nie dopuszcza do mnie. Warczy nawet na swoją Panią.
Za dwa tygodnie znów będę wyglądał przez okno wagonu. Będę patrzył na oddalający się Szczecin. Jeszcze się będę pocieszał, że zanim dojadę do Szczecina Dąbie zobaczę po drodze plażę Dziewoklicz. Potem, za Dąbiem zerwie się nić ze Szczecinem. Na pocieszenie zostaną tylko piękne lasy. Te drzewa będą przypominały miasto zieleni. Aż w końcu znów będę miał pod stopami drewniane schody. Potem drewnianą podłogę tramwaju z równoległych szaro brudnych listewek, a za oknem szare domy…

Pierwsze, prawdziwe czołgi widziałem w Szczecinie. Tata był lekarzem wojskowym i na święto Ludowego Wojska Polskiego zabierał mnie do jednostki. Zapamiętałem T-34 z numerem 102. Wiedziałem, że nie jest to prawdziwy Rudy z filmu Czterej Pancerni i Pies. Numery miał namalowane kropkami. Wdrapałem się na wieżę i włożyłem głowę do włazu. W środku było ciemno i dziwnie pachniało. Więcej radości dawała obserwacja czołgów. Okazji nie brakowało. Czołgi często wyjeżdżały na ćwiczenia. Pamiętam czołgi stojące na wagonach na stacji Szczecin Turzyn. Czasem przejeżdżały przez miasto, aby się gdzieś załadować. Znakiem, że będą jechały było pojawienie się żołnierzy z chorągiewkami. Ustawiali się długo przed przejazdem. W końcu T-34 wylądowały w hutach i muzeach. Szczecińską kostkę rysowały teraz na biało nowsze konstrukcje: T-54, T-55.
Wszystko wskazywało na to, że zobaczę czołgi raz jeszcze, tym razem w nowym domu Cioci i Wujka na Gumieńcach. Patrzyłem w stronę bramy, gdzie stały kosze na śmieci z napisem Stettin 1938. Mój wzrok zatrzymał się jednak na bramie. Na ulicy stał żołnierz w mundurze polowym. Na głowie miał hełm z zieloną siatką, a w ręku chorągiewki. Wszystko było jasne. Od Alei Ku Słońcu niósł się ogromny huk. Siedziałem na gałęzi i zajadałem ogromniaste czereśnie.
Wydawało mi się, że minęła już godzina, a tu nic nie nadjeżdżało. Wcinałem więc dalej czereśnie. W końcu groźny pomruk trochę się przybliżył. Wszystko wskazywało na to, że za parę minut zobaczę czołgi. Niestety czereśnie dały o sobie znać. Czym prędzej zeskoczyłem z drzewa i popędziłem do kibelka.
Pierwszy czołg przejechał obok bramy, kiedy siadałem na sedesie. Podłoga się trzęsła, za nim drugi, trzeci… W końcu wypadłem na podwórko i popędziłem w stronę bramy. Żołnierza już nie było. Czołgi opuściły ulicę Rosenbergów i skręciły w pole na wprost naszej bramy. W oddali, na polu ginął w tumanach kurzu ostatni czołg. Słyszałem tylko groźny pomruk silnika. Czołgi pędziły w kierunku stacji na obrzeżach Szczecina.

Wjeżdżając od strony Dąbia przy drodze stały zielone, długie wagony. Służyły za hotel dla zmotoryzowanych turystów.

Podczas wakacji przyjechali do Szczecina Rodzice i pojechaliśmy na wycieczkę do NRD. Byłem pod wrażeniem, że zobaczę Berlin. W soboty ulice Szczecina zapełniały się niebieskimi Trabantami z nalepką DDR na białym tle.
Wujek tłumaczył ten napis Dodatek Do Rancza. Niemcy przyjeżdżali masowo i robili zakupy. Teraz nasza kolej. Pozwiedzamy i zrobimy zakupy (w Polsce cukier był na kartki).
Jedziemy autostradą. Przejeżdżamy przez granicę. Patrzę ze strachem na Niemców w mundurach. Furażerki nie robią wrażenia, ale czapki oficerów kojarzą się z filmami wojennymi. Spodnie, a właściwie szerokie galoty nie pozostawiają złudzeń. Są nawet Niemcy na motorach i mają zielone peleryny. Krajobraz nudny, zatrzymujemy się w małej miejscowości i idziemy do sklepu.
Znajduję tam ogromne pudło, pełne żołnierzy. NRD-owcy, wykonani z elastycznego plastiku, wspaniale pomalowani. Groźne gęby, jeden klęczący celował z kałasznikowa i miał nawet zamknięte jedno Oko. Samoobsługa, więc ładuję cały koszyk żołnierzy. Mama sprowadza mnie na Ziemię. Jeden żołnierz kosztuje prawie jedną markę, to bardzo drogo. Mogę sobie wybrać kilku. Niezbyt sympatyczna Pani sprzedawczyni pakuje ich niczym cukierki do papierowej torby. Nawet się nie uśmiechnęła. Chyba nie lubią nas, przyjeżdżają, wykupują żołnierzy ze sklepu, a potem nie starcza dla NRD-owskich dzieci. Wjeżdżamy do Berlina, jest ogromny, cały w Trabantach i Wartburgach. Idziemy Unter den Linden. Zwiedzam Berlin ściskając torbę w ręku. Wszędzie pełno żołnierzy rosyjskich. Ich ogromne czapki przypominają lądowiska dla helikopterów. Stoimy przed szlabanem. Patrzę na bramę branderburską, mur berliński, żołnierzy w komicznych, NRD-owskich hełmach.Tata wszystko objaśnia, z drugiej strony inny świat. Pokazuje nam Reichstag oraz stację, z której kiedyś łatwo było uciec do Berlina Zachodniego. Kupujemy parę kilo cukru i ze strachem przejeżdżamy przez granicę. Udało się, nie zabrali.
Następnego dnia wracamy nad granicę. Tata chciał mi pokazać fotokomórki. Podjechaliśmy naszym białym Wartburgiem i poszliśmy w las. Wcześniej zapytaliśmy się żołnierza WOP, czy możemy podejść. Pokazał nam drogę. Zatrzymałem się pod drzewkiem, a Tata poszedł szybko przodem i zniknął za zakrętem. Pobiegłem za nim. Za zakrętem stanąłem jak wryty. Tata leżał na środku polnej drogi. Na jego piersi spoczywały przednie łapy psa typu Szarik. Pies miał na szczęście kaganiec. Tata zaczął się śmiać i powiedział, ze pies pilnuje granicy i nie daje mu się ruszyć. Wyskoczył z lasu i go przewrócił.
- Piotrek, szukaj żołnierza! - krzyknął spod psa.
Poszedłem w las i po przejściu kilkuset metrów zamurowało mnie. Na drzewie wisiał najprawdziwszy karabin Kałasznikow. Wisiał lufą do góry i miał magazynek. Byłem przerażony. Przeszedłem parę kroków dalej i zobaczyłem buty, potem nogi i w końcu całego żołnierza leżącego twarzą w mchu. Przykucnąłem przy jego głowie, jeszcze miałem nadzieję, że nie jest zabity.
- Proszę pana, proszę pana! - zawołałem płaczliwym głosem.
Rozejrzałem się. Pies dalej pilnował Taty, nikogo nie było w pobliżu. Żołnierz poruszył się. Ucieszyłem się, że był tylko ranny.
- Proszę pana, niech pan zawoła psa.
- Chono tu - dobiegło spod mchu.
Żołnierz najprawdopodobniej dostał w gardło, bo jakoś dziwnie mówił. Pies przybiegł i usiadł. Żołnierz odpadł w mech. Coś jeszcze mamrotał. Może chciał, żeby go zakopali, tu na posterunku. Tata otrzepywał się z piachu i zaczął się śmiać. Stwierdził, że będziemy mieli co opowiadać. W końcu zrozumiałem, żołnierz był pijany. Szybkim krokiem oddalaliśmy się od granicy pilnowanej tylko przez fotokomórki i psa. Wróciliśmy do Wartburga i pomknęliśmy w stronę Szczecina. Tata miał trochę wybrudzone ubranie.

Kiedyś z Anią i Zenkiem popłynęliśmy do Świnoujścia. Właściwie to ja ich wyciągnąłem. Patrzyłem jak statki z czarnymi burtami pchają przed sobą masy wody na Zalewie Szczecińskim. Byłem zaskoczony dużym ruchem na trasie Szczecin- Świnoujście. Ten obraz mijanych statków pozostał mi w pamięci.
Zenek jest dla mnie admirałem, bo pracuje w Akademii Morskiej, a Ania ideałem nauczyciela. Wróciliśmy późno w nocy. Szliśmy nocą z dworca głównego do hotelu asystenckiego, gdzie mieszkali w swoim jedynym pokoju.
Mama martwiła się, kiedy dostaną większe mieszkanie.

Minęły lata, miałem okazję odwiedzić Hamburg. Popłynąłem statkiem na wycieczkę po porcie. Podziwiałem port, ale wszystko mi się pomieszało, bo budynki, ich usytuowanie przypominały mi Wały Chrobrego. Nawet byłem przekonany, że do morza to w tamtym kierunku, na lewo od „Wałów”. W pewnym momencie zobaczyłem znajomy herb Szczecina, taki sam jak na pompie koło mojego bloku z czerwoną dachówką. Przepływaliśmy obok statku o nazwie Stettin…
W Kiloni też czułem się trochę jak w Szczecinie. Odnalazłem miejsca pełne zieleni i dzielnicę podobną do Pogodna.

Jeszcze kąpiel na plaży w Dziewokliczu. Pluskam się i patrzę na przejeżdżające nasypem pociągi. Gdzieś tam, w pobliżu mostu zasypana jest wieża od pantery. Nikt nie chce tego pamiętać, podobnie jak Grafa Zeppelina, jedynego niemieckiego lotniskowca. Niemcy zostawili go w Szczecinie. Rosjanie nie mieli doświadczenia w użytkowaniu lotniskowców i zamiast samolotami załadowali go czołgami i trofiejnymi parowozami. Nie jestem inżynierem, więc nie wiem jak miały startować z pokładu. Zeppelin tego wszystkiego nie wytrzymał. Czasem tak bywa, jak się zetkną dwie obce sobie techniki.
Po Dziewokliczu jedziemy w pobliże domku Goeringa zobaczyć piękne, tajemnicze jeziorko o krystalicznie czystej wodzie.

Potem do centrum. Wysiadamy w Alei 3-go maja. Tu pracowała kiedyś Mama. Była księgową w ZURiT. Idziemy w stronę ulicy Wojska Polskiego. Wchodzimy do komisu, gdzie pierwszy raz widzę autka na resorach. Wybór jest trudny, w końcu decyduję się na Forda Cortinę. Granatowy metalik, ma otwierane drzwi. Pamiętam był bardzo drogi, a jednak Tata go kupił. Wychodzimy i kierujemy się w stronę Wojska Polskiego. Rozglądam się, podziwiam piękne domy. Pamiętam jak Mama pokazywała mi pierwszy raz Bramę Portową. Pochyliła się do mojej głowy, uśmiechnęła się i pokazała palcem.
- Zobacz, to jest Brama Portowa.
Ledwo co odstawałem od ziemi, ale gapiłem się, pamiętam.

Wchodzimy na szeroki Plac Zwycięstwa. Zatrzymuję się. Podziwiam stojący za szybą piękny model masowca z czarnym kadłubem. Ziemia Szczecińska, odczytuję jego nazwę.
Patrzę w lewo, już za chwilę zacznie się ulica Wojska Polskiego.
Jeszcze stoję chwilkę, chcę popatrzeć na te wieżyczki i piękne dachy kamienic, rozchodzące się gwiaździście ulice. Ciągle stoję bokiem do tej witryny z modelem. Statek z czarnymi burtami pcha przed sobą masy wody na Zalewie Szczecińskim.
Nie patrzę już na niego, oglądam się za siebie, na Bramę Portową, pamiętam jak kiedyś pokazywała mi ją Mama.
Stoję sam na Placu Zwycięstwa. Boję się ruszyć tam, w kierunku ulicy Wojska Polskiego. Stoję jak wryty. Patrzę na mijających mnie ludzi. Zazdroszczę im tego, że mieszkają w Szczecinie. Czy oni o tym wiedzą, że ktoś im może tego zazdrościć?

Omiatam wzrokiem raz jeszcze cały Plac Zwycięstwa. Patrzę, gdzie zaczyna się ulica Bolesława Krzywoustego. Uśmiecham się, tamtędy zawsze jechaliśmy do Cioci i Wujka na Gumieńce. Na Mickiewicza też byśmy tą ulicą dojechali.
Podświadomie, wśród rzeki samochodów szukam jadącego, jasnego garbusa.
Słońce świeci jak kiedyś. Uśmiechają się Rodzice, Ciocia i Wujek.

Już za chwilę wejdę w ulicę Wojska Polskiego, ale jeszcze trochę poczekam, chcę popatrzeć na ich uśmiechy.
Widzę ich tu, mimo iż dawno odeszli. Uśmiechają się tam z góry, ponad dachami i wieżyczkami Szczecina.

PiotrPiotr:
Lat 47. Urodził się w Szczecinie, ale od 6 roku życia mieszka w Łodzi. Zajmuje się handlem zagranicznym.
Copyright 2017 Miasto Szczecin
Kontakt